poniedziałek, 2 lutego 2015

15. „Jesienna miłość” – Nicholas Sparks








Tytuł oryginalny: A Walk To Remember
Rok wydania: 1999
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 224
Okładka: Miękka
Gatunek: Literatura piękna
Moja ocena: 10/10 









Rok 1958. Beztroski siedemnastolatek Landon Carter rozpoczyna naukę w ostatniej klasie szkoły średniej w Beaufort. Nie ma jeszcze planów na życie. Swoją koleżankę z klasy, Jamie Sullivan, cichą spokojną dziewczynę opiekującą się owdowiałym ojcem, traktuje jak nieszkodliwą dziwaczkę. Jamie nie rozstaje się z Biblią, nie chodzi na prywatki, z nikim się nie przyjaźni, a dzień bez dobrego uczynku uważa za stracony. Kiedy nadchodzi pora dorocznego balu Landon, nie mając z kim pójść, w odruchu desperacji zaprasza ją. Wykpiwany przez kolegów, unika później dziewczyny.  Do czasu. Stopniowo ich wzajemne kontakty zacieśniają się i przeradzają w przyjaźń, a potem w głęboką miłość. Nieoczekiwanie dla samego siebie Landon odkrywa prawdziwy sens i urodę życia – radość, jaką sprawia pomaganie innym, ból po utracie najbliższej osoby.



Zaczęłam od złej strony. „Jesienną miłość” znałam już od lat jako film „Szkoła uczuć” (Przy okazji to polecam, bo film jest naprawdę piękny). Zorientowałam się jednak, że jest on nakręcony na podstawie książki Sparksa i to mnie zaciekawiło. Po jakimś czasie pomyślałam, że miło by było mieć tę książkę w swojej biblioteczce, zważywszy na to jakie pozytywne wrażenie wywarła na mnie jej ekranizacja. Tak, więc na święta dostałam „Jesienną miłość”.

Muszę się przyznać, że nie czytam tego rodzaju książek (jak pewnie już niektórzy zauważyli chętniej czytam powieści Stephena Kinga), a w zasadzie „Jesienna miłość” była pierwszą przeze mnie przeczytaną książką Sparksa. Każdej książce trzeba dać szansę, ponieważ można znaleźć perełkę.

Przez to, że znałam film i to dość dobrze, wiedziałam niestety jaki jest koniec. Według mnie jest to największa porażka, gdy przed przeczytaniem książki wiesz co się stanie... Dlatego nie jestem za oglądaniem filmów w pierwszej kolejności, ale to już tylko moje „widzi mi się”. Jednak pomimo tego książka była ciekawa. W „Jesiennej miłości” są momenty, które nie dało się, bądź reżyser nie chciał wstawić do filmu, a w „Szkole uczuć” czasem były rzeczy, o których w książce nie było nawet mowy, przez co nawet jeśli ktoś był w takiej sytuacji jak ja, mógł znaleźć zaskakujące fakty w pozornie znanej historii.

A właśnie historia sama w sobie jest piękna (nie mogę jej inaczej nazwać), ponieważ jest prosta. W dzisiejszych czasach najnowsze książki są ciężkie. Są skomplikowaną układanką składającą się z małych elementów, które trzeba poskładać w odpowiedni sposób, żeby móc zrozumieć przekaz. Tutaj wszystko jest proste, lekkie.

Samo miasto Beaufort jest tak spokojnym miejscem, że z chęcią bym tam zamieszkała, a przynajmniej odpoczęła podczas przerwy w szkole (ferie itd.). Życie tam płynie powoli, nikt się nie śpieszy. To jest coś czego brakuję nam w XXI w. Tego wyciszenia. Pamiętajmy o tym, że akcja książki rozgrywa się w końcówce lat 50 XX w. Życie wtedy było zupełnie inne. Mimo, że poczucie wiary było odmienne od dzisiejszego, główna bohaterka Jamie „wyróżniała się z tłumu”, poprzez wyrażanie swojego zdania na temat wiary. 

Ludzie byli bardzo pobożni. Oczywiście są to Stany Zjednoczone i oni za pewne inaczej teraz i wtedy postrzegali wiarę, lecz faktem jest, że nauka kościoła odgrywała ważną rolę dla wtedy żyjących ludzi. A skoro o wierze mowa, Jamie Sullivan była BARDZO pobożną dziewczyną. Bardziej od niej pobożny był jedynie jej ojciec Hegbert, który był pastorem mającym awersję do cudzołożników. Jamie zawsze chodziła z Biblią i lubiła ją czytać na przerwach lekcyjnych, wdrażać temat Boga w każdą rozmowę itp. Jej piętą achillesową była konwersacja z rówieśnikami, po prostu nie potrafiła odnaleźć się w rozmowach z nimi. Przez to oni uważali ją za dziwaczkę, a jej reputacja pogarszała się przez właśnie wiarę. Większość nastolatków w tamtych czasach chodziła co niedziela do kościoła głównie po to, aby pastor ich nie wyklął, jednak Jamie szła o krok dalej. Wydaję mi się, że gdyby ta dziewczyna żyła w obecnych czasach nie dałaby sobie rady z ilością obelg i wyzwisk skierowanych w jej kierunku itd. Trzeba przyznać, ze ludzie są podli, czasem bez wyraźnej przyczyny. W tak małym miasteczku jak Beaufort, gdzie wszyscy się znali od małego, po prostu ją tolerowano i od czasu do czasu zdarzały się niemiłe komentarze.

Niesamowita przemiana Landona. W książce w zasadzie nie był pokazany jako zły chłopak, jednak wracając do tych czasów gdzie żył pozwolę sobie zacytować: „Mazaliśmy mydłem szyby samochodów albo pogryzaliśmy prażone orzeszki na cmentarzu za kościołem, lecz w latach pięćdziesiątych to wystarczyło, żeby inni rodzice potrząsali głowami i szeptali do swoich pociech: Nie chcesz chyba brać przykładu z młodego Cartera. Jest na najlepszej drodze, żeby wylądować w więzieniu”. Przez orzeszki... Śmieszne, ale prawdziwe. Więc może Landon nie był okropny i podły, ale na pewno dzięki znajomości z córką pastora stał się innym człowiekiem. Lepszym.

Dzięki takim opowieścią jak ta i dzięki takim postacią jak Jamie Sullivan, chce się zwyczajnie cieszyć życiem. Jamie była niesamowitą bohaterką z jednego głównego względu, ciągle się uśmiechała, cieszyła życiem na swój sposób. Nawet w najgorszej sytuacji zachowała uśmiech na twarzy, za co ją bardzo podziwiam. Jak to Landon to ujął: „Najbardziej doprowadzało mnie u niej do szału to, że była zawsze taka cholernie pogodna, bez względu na to, co się wokół niej działo. Przysięgam, ta dziewczyna nigdy nie powiedziała złego słowa o niczym i nikim, nawet o tych z nas, którzy wcale nie byli dla niej mili”.

Pomimo, że opowieść ta jest jaka jest (nie przepadam za typowymi romansidłami), to skradła moje serce. Do historii Landona i Jamie na pewno wrócę nie raz i nie dwa. Wydaję mi się, że kupię jeszcze jakąś książkę Sparksa, lecz jeszcze nie jestem pewna którą. Czas pokaże. „Jesienną miłość” mogę polecić każdemu. Wiek tu nie gra roli, bo uważam, że jest to tak uniwersalna opowieść, że wszystkim się spodoba. A przynajmniej taką mam nadzieję.

Podsumowując, jest to przepiękna opowieść o młodej miłości, która swoją prostotą zaraża wszystkich, którzy mieli okazję przeczytać „Jesienną miłość”. Jest to książka dosłownie dla każdego. Wprost idealna na niedzielny dzień przy kawie, gdy za oknem prószy śnieg. Po przeczytaniu tej opowieści mogę śmiało powiedzieć, że zasługi jakie są przypisywane Nicholasowi Sparksowi są słuszne. Jest to absolutny mistrz literatury pięknej.



P.S. „Jesienną miłość” jak i wcześniej Więźnia labiryntu czytałam w 2014 roku i miałam już przygotowane ich recenzje, ale pewnego ranka mój laptop padł. Krótko mówiąc pojechał do naprawy i był tam naprawdę rekordowy czas, a jest to moje jedyne połączenie z Internetem, także przepraszam, ale była to rzecz niezależna ode mnie. Przez to, że nie miałam laptopa miałam duuużo czasu na czytanie, kupowanie nowych, wypożyczanie itd., więc wszelkie nowości za moment będą uzupełnione :) TUTAJ możecie zobaczyć jakie książki kupuje itp. Plus jest taki, że przynajmniej macie sporo recenzji na raz... Jeszcze raz wielkie sorki ;___;



"Są chwile, kiedy chciałbym cofnąć wskazówki zegara i wyzbyć się smutku, mam jednak wrażenie, że gdybym to uczynił, ulotniłaby się cała radość."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi Czytelniku!

Na wstępie wiedz, że ogromnie cieszy mnie fakt, iż z jakiegoś powodu znalazłeś się właśnie tutaj.

Wykorzystując, więc już tę jakże wspaniałą sytuację: proszę, zostaw po sobie ślad w postaci komentarza. Dzięki tym paru słowom czy też zdaniom wiem, że ktoś choć podejmuje się próby przeczytania zamieszczonych tutaj tekstów. Także, tym którzy wyrazili swoją opinię na blogu dziękuję z całego serduszka!

Pozdrawiam cieplutko i życzę miłego czytania :)
~Emi✌