poniedziałek, 2 lutego 2015

16. „Exitus Letalis: Tom 2” – Katt Lett









Tytuł oryginalny: Exitus Letalis, tom II
Rok wydania: 17 stycznia 2015
Wydawnictwo: Kotori
Liczba stron: 151
Okładka: Miękka
Gatunek: Komiks
Moja ocena: 9/10









Mija miesiąc. Evę frustruje brak postępów w pracy. Deszczowa aura, o dziwo, skłania ją do konstruktywnych przemyśleń i motywuje do działania. Pierwszym celem badań uroczej pani Monroe staje się Ourell. Jednak nie tylko on cieszy się zainteresowaniem Evy. Nieoczekiwanie, dzięki parapsychologicznej wiedzy, jej uwagę przykuwa Matthias, brat lekarki z Fla.

Poza tym nie wszyscy mieszkańcy Nilfeheim ufają Evie. Dlatego Olivier spotyka się z inspektorem Lavishem i uzyskuje niezwykłe informacje o młodej psycholog.



Nadszedł ten dzień. 17 stycznia 2015. Oficjalna premiera drugiego tomu komiksu „Exitus Letalis” w Warszawie. Niestety nie mieszkam w stolicy, także miałam nadzieję na to, że tomik szybko trafi do mojego ukochanego Empika. I trafił! I to w jakim tempie. Naprawdę myślałam, że będę czekać miesiącami i dadzą strasznie mało towaru na półki przez co nie zdążę z kupnem i zostanie mi zamówienie przez Internet (czego wprost nie cierpię jeśli chodzi o książki). Na szczęście sława Katt Lett przynosi wiele udogodnień i z drugim tomem nie ma tyle problemów jak z pierwszym (Recenzja pierwszego tomu „Exitus LetalisTUTAJ!)! Ucieszył mnie jeszcze jeden fakt: Znalazłam dosłownie ostatnie „Hunting For Online Demons”, także autorstwa Katt Lett! Przez cały dzień chodziłam spełniona i nic nie mogło mnie wyprowadzić z równowagi (no może zakończenie drugiego tomu, ale o tym później...). 

Dużym plusem jest to, że tomik ten jest pełen nowych informacji. Pełen tajemnic. Zaczynamy zadawać nowe pytania, a na odpowiedzi jak na razie możemy sobie poczekać do następnego tomu. Widać też, że opis spełnia swoje oczekiwania. Nie wszyscy ufają pannie Monroe. Chodzi mi tutaj oczywiście o Oliverka, lecz nie tylko. Okazuje się, że nowo poznany nam Lavish nie będzie pozytywną postacią. Od razu wprowadza niepewność co do tożsamości Evy. No właśnie: Czy dziewczyna o rudych włosach na pewno nosi imię Eva Monroe? Moim skromnym zdaniem, Katt wprowadziła tą scenę, aby nas zwyczajnie zmylić i to co powiedział Lavish jest jedynie potwierdzeniem tego, iż chce się jej pozbyć, aby ta nie poznała prawdy o domniemanej Marii. 

A skoro o Marii mowa to, to co o niej wiedzieliśmy od pierwszego tomu, w znacznym, stopniu się nie zmieniło. Choć muszę przyznać, że tajemnicze wydarzenie w Paryżu z sprzed trzech lat (jak to próbował sprecyzować w napadzie Micheall) daje nam dużo do myślenia. Przypominamy sobie o tym, że ta szóstka „staruszków” to tak naprawdę zabójcy. Jeszcze bardziej skłania do refleksji to, że sprawa ta nie jest aż tak jasna jak być powinna. Ale o jej przebiegu zapewne dowiemy się w trzecim tomie „Exitus...”.

Miłość. A raczej zauroczenie, lecz może i Ourell sądzi inaczej. Na razie biedak wypiera myśl, że zakochał się w tym zagadkowym rudzielcu. Jednak czyny mówią same za siebie. Widać, że Ourell pewne rzeczy robi mimowolnie, ale to i tak uważam za słodkie np. ta róża dana Evie w ogrodzie przy wszystkich. Miłości pełno w tym tomiku i nie tylko jest ona widoczna u Ourella. To było już większości oczywiste, że Matthiasa i Eve będzie łączyło coś głębszego. Ten tom był głównie o ich budującej się relacji. Była to oprócz nam wszystkim znanej fabuły, jeden z najważniejszych wątków. Z resztą uważam, że ta para ma prawo bytu, także cieszę się z wiążącej ich relacji. I pomyśleć, że połączyła ich parapsychologia?

Może zajmę chwilkę o głównej bohaterce. Dużo dowiadujemy się o Evie z jej rozmów z Matthiasem. O jej rodzicach, troszkę więcej, ale mimo wszystko nadal mało wiemy o jej bracie. Eva zmienia się. Minął dopiero miesiąc jej pobytu w Norwegii, jednak widać, że przyzwyczaiła się już do tutejszego klimatu. A właśnie! Myśleliśmy, że doczekamy się sceny Davida i Evy od serca, lecz David wolał stwierdzać fakty dotyczące życia dziewczyny i skończył ze śladem na twarzy do uderzeniu. Pamiętaj David, lepiej nie wkurzaj Evci! David dużo się nie zmienił od pierwszego tomu...

Tym razem to nie Raffy było najmniej, a w zasadzie głównego dowodzącego domem czyli Olivera! Raffaella za to było wybitnie dużo podłóg pierwszego tomu. Wciąż nie mogę rozgryźć tej postaci. Mam wrażenie, że jest tylko po to, aby bawić, bo po cóż jeszcze? Jednak nawet jego postać ma swoje tajemnice: Dlaczego nawet Gabriell boi się go, co widać na samym początku tomiku? Zastanawiające. Z pierwszego tomu widzimy akta chłopaków i celowo przykryty dokument Raffaella oraz Olivera. To oznacza jedno: Choroby Raffy i Olivera są kluczowe w całej układance. O Oliverze w tym tomie jest niewiele, lecz te informacje są przynamniej wartościowe. Widzimy, że jest chory. Najgorsze jest to, że mając tą śmiertelną chorobę Oli nadal jest nieśmiertelny, więc w pewnym sensie „odradza się” by znowu stało się to samo piekło. I tak w kółko. Straszne.

Micheall i Eva odbyli w tym tomie zaledwie jedną krótką rozmowę i to w krytycznym momencie dla Michealla, ponieważ biedaczysko przestał brać leki i jeszcze dobitniej zaczął słyszeć głosy siedzące w jego głowie, jak to na schizofrenika przystało. Bardzo było mi go szkoda, gdy miał „atak”. To przerażenie w oczach, jak u małego dziecka, które nie wie co się dzieje. Są jednak plusy tej wymiany zdań, ponieważ dowiedzieliśmy się paru ciekawych informacji na temat Marii (choć w przypadku choroby Michealla nigdy nie wiadomo kiedy mówi poważnie).

Oprócz w miarę możliwości poważniejszej rozmowy z Evą, u Gabriella dużo się nie zmieniło... Końcówka „Exitusa...” to największe cholerstwo! Skończyć tom w takim momencie?! Naprawdę Katt Lett?! No cóż, co ja poradzę? Czekam z WIELKĄ niecierpliwością na trzeci tom.

Dodatkowym plusem jest zdecydowanie większa świadomość Evy o swojej chorobie i oczywiście dołączona na końcu stara wersja „Exitus...”, w której ogromnie widać jak rozwinęła się Katt Lett. Widoczne minusy? Muszę niestety przyznać, że w niektórych miejscach Katt najwyraźniej już się nie chciało, jednak wiem, że w miarę możliwości starała się skończyć ten tomik w poprzednim roku, jednak choroba ją pokonała i sprawy przesunęły się na styczeń i wszystko było robione w biegu, aby to wydać, więc drobne niedoróbki są w zupełności normalne.

Podsumowując, nie zawiodłam się. Drugi tom jest zaskakujący, pełen śmiechu, ale i także nowych pytań. Zakładam, że takiego obrotu spraw większość się nie spodziewała, więc wszystkich którzy jeszcze nie zakupili drugiego tomu, a mają pierwszy zachęcam do kupna, a tych którzy jeszcze nie poznali historii Evy i chłopaków gorąco polecam przekartkować.



P.S. 1 Chciałam wam jeszcze zająć chwilkę odnośnie okładki. Powiedziałabym, że jest nawet lepsza od tej z pierwszego tomu. Ale nie o to chodzi. Pierwsza blizna Evy jaka rzuciła mi się w oczy z okładki był napis: „DON’T CRY MERCY”. Ten tekst od razu skojarzył mi się z piosenką zespołu Hurts – Mercy, który możecie posłuchać na dole:



Jeśli ktoś z was lubi tego typu muzykę to zachęcam do przesłuchania płyty „Exile” tego otóż zespołu. Bardzo dobra płytka ;)

P.S. 2 Próbowałam napisać tę recenzję z jak najmniejszą ilością spojlerów (co uwierzcie nie było łatwe!), bo wiem, że większość tego nienawidzi (w tym także ja). Po Exitusie czas na "Syna", Jo Nesbø!



_______________________________________________________

Recenzja pierwszego tomu "Exitus Letalis": TUTAJ!
Recenzja trzeciego tomu "Exitus Letalis": TUTAJ!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi Czytelniku!

Na wstępie wiedz, że ogromnie cieszy mnie fakt, iż z jakiegoś powodu znalazłeś się właśnie tutaj.

Wykorzystując, więc już tę jakże wspaniałą sytuację: proszę, zostaw po sobie ślad w postaci komentarza. Dzięki tym paru słowom czy też zdaniom wiem, że ktoś choć podejmuje się próby przeczytania zamieszczonych tutaj tekstów. Także, tym którzy wyrazili swoją opinię na blogu dziękuję z całego serduszka!

Pozdrawiam cieplutko i życzę miłego czytania :)
~Emi✌