niedziela, 3 stycznia 2016

42. „Kochani, dlaczego się poddaliście?” – Ava Dellaira








Tytuł oryginalny: Love Letters to the Dead
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 303
Okładka: Miękka
Gatunek: Młodzieżowa
Moja ocena: 6/10 









Szesnastoletnia Laurel nie może się pogodzić z tragiczną stratą siostry. Szuka pomocy idoli, którzy też odeszli: Kurta Cobaina, Amy Winehouse, Jima Morrisona, Janis Joplin… Pisze do nich listy. Z tych listów układa się opowieść o niej samej, jej cierpieniu, samotności, poszukiwaniu siebie i przebaczeniu.

Laurel podziwiała siostrę, ale czuła się przez nią zepchnięta w cień. Teraz usiłuje pogodzić się z tym, co się stało i odnaleźć siebie. Choć nie jest łatwo opłakiwać kogoś, komu się nie wybaczyło…


Już nawet nie pamiętam dokładnie z jakiego źródła dowiedziałam się o tej właśnie książce. Na pewno była to jakaś recenzja, na którymś z blogów. Ocena była chyba całkiem niezła, a sam pomysł na tę opowieść był dla mnie bardzo interesujący.

Trochę trudno jest mi pisać cokolwiek o tej historii. Dlaczego? Czasem jest tak, że mamy względem jakiegoś filmu czy powieści zbyt wielkie oczekiwania i kiedy wreszcie zapoznamy się z treścią nie wiemy czy to nasza wina czy może filmu, ale czujesz niedosyt. Może zbyt wiele oczekiwałam? Bowiem chciałam chyba czegoś nierealnego. Odpowiedzi na pytania, które sama kiedyś zadawałam i wciąż zadaję, ciągle smucąc się, że i tak ich nie poznam. I znowu dlaczego? Bo odpowiedzieć na to wszystko może tylko i wyłącznie ktoś kto już nie żyję. Czasem już tak wiele lat...


 "Gdyby oczyścić wrota postrzegania,
wszystko ukazałoby się człowiekowi w takiej postaci,
w jakiej istnieje: nieskończone."
- William Blake 


Kochani...” jest powieścią epistolarną. Uwielbiam tę formę przekazu. Chyba najbardziej do mnie trafia. Listy są różne. Adresowane do wielu sławnych ludzi. Z nich wszystkich najwięcej listów jest kierowanych do bardzo ważnej dla mnie osoby, do Kurta Cobaina. O tym dlaczego Kurt był jest i będzie dla mnie kimś wyjątkowym może nie będę się rozwodzić. Po pierwsze wielu z was uzna mnie pewnie za jedynie głupią nastolatkę, która hm... ma „fazę”. Inni może zrozumieją, że nie jestem kolejną idiotyczną „fanką”, która nic nie wie o swoim idolu (choć nie, już to chyba kiedyś wyjaśniałam, ale Kurt nie jest moim idolem). Nieważne. Kurt jest ważny. To wszystko. Więcej będziecie mogli się dowiedzieć co sądzę na jego temat kiedy będę recenzować „Pod ciężarem nieba”, a teraz wracając do tematu...

Czułam, że ta książka może być dla mnie trudna do przebrnięcia, jednak wcale taka nie była. Przeczytałam ją w jeden dzień. Autorka książki nie piszę skomplikowanym stylem. Jest on zwyczajnie prosty, co jak widziałam niektórym BARDZO przeszkadzało. Ja tego dnia wyłączyłam mózg i zwyczajnie nie przejmowałam się tym, nie widziałam więc nic w jej stylu drażniącego.

Najśmieszniejsze chyba w tej całej historii jest to, że trudno nam jest poznać samą Lauren, choć to właśnie ona jest autorką wszystkich tych listów. Przez całe życie była wpatrzona w swoją siostrę jak w święty obrazek i uważała ją za ideał. Chciała być jak ona, co chwila myślała „Co by zrobiła May?” i zapomniała o tym, żeby być sobą. 


"Piękno jest prawdą, prawda pięknem!" – oto
Co wiesz na ziemi i co wiedzieć trzeba.
- John Keats 


W „Kochani...” mamy do czynienia z stratą najbliższej nam osoby. Prawda jest taka, że Lauren jest w takim, a nie innym wieku, że odczuwa wszystko znacznie mocniej. Wiadomo, nie można tym samym usprawiedliwiać jej poczynań, ale można też trochę spróbować ją zrozumieć. Każdy inaczej przeżywa stratę. Większość chcę iść na przód, jednak dzielą się oni na takich, którym się ta sztuka udaje oraz na takich, którzy próbują, jednak na tym się kończy. Czasem nawet upadają i to boleśnie. Mnie osobiście było zwyczajnie smutno patrzeć na liczne małe potknięcia naszej Lauren, które chcąc nie chcąc mogą doprowadzić do upadku. Trzeba, jednak zawsze mieć nadzieję, prawda?

Wreszcie Lauren przełamuję się i przychodzi do nowej szkoły, gdzie nikt nie wie o jej historii. Czuje się z tym dobrze, ale ciągle myśli o May. W końcu zmarła dość niedawno, lecz ciągle nie wiemy co było przyczyną jej śmierci. To główna zagadka książki. Wreszcie Lauren udaje się poznać różnych ludzi i tworzy z nimi osobliwą grupę, gdzie każdy jest zupełnie inny. Niektórych czytelników także to drażniło. Ta grupa znajomych, zbyt różnych, zbyt dziwnych dla ogólnego otoczenia. Mnie jednak oni odpowiadali. Bądź co bądź sama należę do takiej grupki przyjaciół, gdzie każdy z nas jest naprawdę nietypowy, można by powiedzieć, że to cud, że się ze sobą dogadujemy. Jednak nasza grupa żyje dobrze w swoim towarzystwie i mam wrażenie, że większość ludzi po prostu nie potrafi tego zrozumieć i tak też jest z grupą Lauren. Żadne z osobna nie mieści się w normach, a gdy się łączą wszystko jest nagle proste i normalne. 


"W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy;
tak wiele rzeczy budzi w nas zaraz przeczucie
straty, że kiedy się je traci – nie ma sprawy.
[...]
Nawet gdy stracę ciebie (ten gest, śmiech chropawy,
który kocham), nie będzie w tym kłamstwa. Tak, w sztuce
tracenia nie jest wcale trudno dojść do wprawy;
tak, straty to nie takie znów (Pisz!) straszne sprawy."
- Elizabeth Bishop 


Czasem denerwowało mnie to, że Lauren pisała na początku każdego z listów tylko jak zwykle formułkę „Kochany/a...”, a sam list był tylko i wyłącznie o niej samej, jakby zapomniała, że też jest adresat, który także się liczy (nawet jeśli już nie żyje). Zdarzało się, że musiałam na koniec przy przejściu do następnych listów cofać się, żeby przypomnieć sobie do kogo właściwie był kierowany list. Troszkę drażniące.

Lauren była bardzo rozstrojona... Niezmiernie łatwo było ją zmanipulować, jakby zabrano jej te naturalną ochronną bańkę, którą posiada każdy z nas. Jakby czuła wszystko za mocno i tym samym wyrzucała z siebie emocje dość niepostrzeżenie.

Polskie wydawnictwo nadało tej książce zupełnie nowy tytuł. Oryginalny jest z jednej strony lepszy („Love Letters to the Dead”), ale przez nasz polski tytuł zaczęłam się zastanawiać nad tym pytaniem: „Kochani, dlaczego się poddaliście?” i nie do końca jest ono adekwatne do tej książki, ponieważ mogłoby gdyby listy były kierowane tylko do samobójców, ale tak nie jest. Mamy tutaj naprawdę wiele różnych silnych osobowości, które upadały i powstawały. Jedynie niektórzy się poddali. Jednak pomimo tego są uznawani za kogoś wartego uwagi. Za kogoś o kim nie można tak po prostu zapomnieć. Wydaje mi się także, że niektórzy odpowiedź na to pytanie dawno już zabrali ze sobą do grobu. To takie oczywiste. Jednak to właśnie jedno z tych pytań, na które i tak usilnie chcemy znać odpowiedź. Tylko co jeśli nawet poddani nie wiedzą dlaczego się poddali? Co wtedy?
(W gruncie rzeczy mam po prostu takie wrażenie, że gdyby się spytać takiego Kurta czy Amy dlaczego to wszystko tak wyszło, sami by nie potrafili powiedzieć czemu.) 


"Nirvana znaczy wolność. Wolność od cierpienia. Pewnie niektórzy uważają, że to jest właśnie śmierć. No to gratuluję odzyskania wolności... My wciąż tu jesteśmy i użeramy się z tym, co zostało." - Ava Dellaira 


Przez cały czas kiedy czytałam „Kochani...” w głowie miałam ciągle jedną piosenkę, która jak dla mnie całkiem dobrze oddaję to co czuje ktoś po stracie bliskiej osoby. Jest to piosenka zespołu Hole, a tytuł jej „Dying”. Dla tych, którzy być może pierwszy raz stykają się z nazwą tegoż tworu, jest to zespół założony przez Courtney Love, której mężem był Kurt Cobain. Courtney od zawsze sama piszę teksty do wszystkich swoich piosenek, a „Dying” jest najprawdopodobniej właśnie o Kurcie. Choć piosenka ta pochodzi z płyty („Celebrity Skin”), która jest dla mnie dość słaba jak na Hole to ma ona w sobie jeszcze trochę dawnego temperamentu oraz zawiera takie właśnie perełki jak „Dying”.
(Jednak jeśli ktoś chciałby się zapoznać bliżej z twórczością Love to płyta „Live Throught This” powinna być dobra na początek. I proszę nie szczujcie ją psami! (patrz Courtney) Choć trochę spróbujcie ją poznać, a dopiero potem „oceniać”.)


Podsumowując, dla każdego ta powieść jest inna. Wydaję mi się, że jeśli choć jedna ze sławnych adresatów nie jest dla was w jakiś sposób ważna to trochę nici ze zrozumienia tego dlaczego są oni wyjątkowi dla bohaterów tejże książki. „Najedzony nie zrozumie głodnego” i takie tam... Ta książka nie jest ani dobra ani zła. Może po prostu średnia. Ale jest to też debiut (i to także trzeba brać pod uwagę!), który w miarę dobrze rokuje na przyszłość. Wiedząc, że autorka pała dość sporą sympatią do jednego z moich ulubionych zespołów już czekam na jej drugą książkę, nad którą podobno pani Ava Dellaira obecnie pracuje.


 "Wydaje mi się, że wiele osób chciałoby być kimś, ale boją się, że jeśli spróbują, nie okażą się tak dobrzy, za jakich ich przeważnie mają." - Ava Dellaira 



P.S. Przepraszam was, że tak długo zwlekałam z tą recenzją, ale na początku nie mogłam się jakoś do niej zabrać. Potem jak widzicie rozpisałam się ogromnie, mam nadzieję, że nie macie mnie dość :D Druga sprawa to, że nie miałam za bardzo czasu na opublikowanie. Ponieważ w zasadzie to ta książka jeszcze zalicza się do przeczytanych w 2015 roku, ale z drugiej strony to tylko data także: jeszcze raz przepraszam i do zobaczenia.

12 komentarzy:

  1. Twoja recenzja tej książki w moim odczuciu jest piękna, ponieważ szczerze napisałaś o uczuciach jakie towarzyszyły Ci podczas czytania tej książki. Już od dawna mam ją w planach, bawet ostatnio miałamszansę ją kupić, czego teraz żałuje. Znam kilka piosenek Hole i bardzo cenie sobie ten zespół. Jednak tej piosenki jeszcze nie słyszałam, co zaraz się zmieni. Do Courtney nic nie mam, a nawet darzę ją sympatią.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo :)
      Właśnie dla takich komentarzy człowiek chcę publikować jakiekolwiek teksty.

      Co do Hole i Courtney chodziło mi oto, że od śmierci Kurta przypisano na stałe już niestety do niej wizerunek wdowy do Cobainie, która według mediów chyba sama wstrzykiwała mu heroinę, choć z tego co mi wiadomo sytuacja była całkiem odwrotna. Courtney głównie podziwiam za to, że mimo tego wszystkiego nie poddała się i nadal jest w 100% sobą.

      Usuń
  2. Hmm... Ciekawa książka. Mało natrafiam na książki w formach listu, szczerze mówiąc. A jak zobaczyłam imie Laurel, to skojarzyła mi się seria "Skrzydła Laurel" :) Pozdrawiam
    rozenksiazek.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo nie słyszałam jeszcze o tej serii!
      Trzeba będzie spojrzeć :D

      Usuń
  3. Bardzo dobrze wspominam tę książkę i myślę, że gdyby wydano ją w innym wydawnictwie zdecydowanie miałaby się lepiej na rynku. Miała potencjał i poruszała ważny temat.
    Została natomiast zmasakrowana tytułem i okładką, trochę szkoda.
    Jesli lubisz powieści epistolarne, to znasz pewnie Love, Rosie? Jeśli nie, serdecznie polecam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj prawda, prawda :<
      Okładka może nie jest jeszcze aż tak straszna, ale patrząc na oryginalne wydanie to płakać się chcę.. Brr i ten tytuł!
      Love, Rosie mam w planach na ten rok :D Jestem ciągłym nadrabiaczem..

      Usuń
  4. Przyznam, że książka bardzo mnie zainteresowała. Uwielbiam książki właśnie w takim stylu. Muszę dodać ją do swojej listy. W dodatku muszę ci powiedzieć, że twoje recenzje czyta się na prawdę bardzo dobrze. Tak więc zostaję stałym czytelnikiem.
    Zapraszam na mojego nowego bloga czas-dla-ksiazek.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa i cieszę się, że zostaniesz tutaj na dłużej ;)

      Usuń
  5. Myślę, że sam pomysł na tę książkę jest na pewno dobry, ponieważ to coś oryginalnego. Jednak puśćmy mimo oka minusy skoro to debiut ;)

    Pozdrawiam,
    Księgarz Cmentarny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oryginalny niestety być już powoli przestaje, ponieważ strasznie dużo książek w tamtym roku miało taki motyw straty najbliższych, pozbierania się po tym, samobójstwa itd. Aż trochę tego za dużo :D

      Usuń
  6. Sam pomysł wydaje mi się fajny, powieści epistolarne tez lubię.
    To chyba książka dla mnie:)
    Pozdrawiam!

    napolceiwsercu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że Ci się spodoba ;)

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Na wstępie wiedz, że ogromnie cieszy mnie fakt, iż z jakiegoś powodu znalazłeś się właśnie tutaj.

Wykorzystując, więc już tę jakże wspaniałą sytuację: proszę, zostaw po sobie ślad w postaci komentarza. Dzięki tym paru słowom czy też zdaniom wiem, że ktoś choć podejmuje się próby przeczytania zamieszczonych tutaj tekstów. Także, tym którzy wyrazili swoją opinię na blogu dziękuję z całego serduszka!

Pozdrawiam cieplutko i życzę miłego czytania :)
~Emi✌