sobota, 16 stycznia 2016

43. "Kosogłos: Tom 3" - Suzanne Collins








Tytuł oryginalny: Mockingjay
Rok wydania: 2014
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 376
Okładka: Miękka
Gatunek: Fantasy / Science Fiction
Moja ocena: 10/10
+ Ocena całej trylogii: 10/10








Katniss po ciężkich przeżyciach na arenie przebywa z matką, Prim i przyjaciółmi w Trzynastce, dystrykcie, który szykuje się do rozprawy z Kapitolem. Katniss, mimo początkowej niechęci, decyduje się zostać Kosogłosem – symbolem rewolucji przeciwko Kapitolowi.


W „Kosogłosie” dzieje się naprawdę dużo. Odchodzimy wreszcie od Głodowych Igrzysk (jako tako) i możemy „spokojnie” przyglądać się rozprzestrzeniającej się rebelii. Jest to zdecydowanie najkrwawsza część ze wszystkich, jest w niej najwięcej ofiar, których większość czytelników by nie chciała. Suzanne Collins szokuję! :D Podczas tego całego chaosu możemy na szczęście dostrzec jeszcze Katniss. Jest oszołomiona tak wielkim nagromadzeniem informacji, przez co akcja książki w przynajmniej pierwszej części znacznie zwalnia. Sądzę, jednak że było to trochę nam potrzebne. Trzeba wreszcie dać odpocząć czytelnikowi po dwóch Igrzyskach, a co tu dopiero mówić o głównej uczestniczce obu wydarzeń. Katniss przechodzi wiele pomniejszyć załamań, w końcu musiało to nadejść. Powoli zaczęła analizować co się właściwie z nią działo przez te 2 lata. Jedno wiemy na pewno. Katniss sprzed pierwszych dożynek, a Katniss w Trzynastce to dwie zupełnie inne osoby. Suzanne Collins bardzo wiernie oddała lęki czy też pomniejsze upadki głównej bohaterki.


"Pozbierać jest się dziesięć razy trudniej, niż rozsypać."


Przez wszystkie części mogliśmy obserwować różnych zwycięzców oraz to jak i oni zostali zmuszeni do zmiany przez obecny system. Każdy z osobna przeżył swoją osobistą tragedię. Już sam udział w Igrzyskach powinien być czymś wstrząsających, lecz chyba najgorsze było dla nich wszystkich pogodzenie się z tym, że ciągle będą istnieć dla Kapitolu. Muszą się pokazywać, robić rzeczy, które ich tłamszą, a wszystko po to, aby czuli się słabi. Wydaje mi się, że także oto chodziło przywódcy Panem. Strach jest przecież jednym z najsilniejszym uczuć, czyż nie? Niektórzy jednak mieli odwagę mu się przeciwstawić.

 
"Ja poluję, on piecze, Haymitch pije. Każde z nas na swój sposób zabija czas i stara się uciec od wspomnień związanych z Głodowymi Igrzyskami."

 
Pierwszą postacią, która przywodzi mi na myśl bunt jako taki wcale nie okazuje się być Katniss. Jest nim niezastąpiony Cinna. Był jedynym kapitolińczykiem, który otwarcie pokazał co naprawdę sądzi o panu prezydencie Snow. To co także zrobił dla Katniss było... po prostu zjawiskowe. Długo pozostanie on w mojej pamięci chociażby ze względu na jego ogromne oddanie sprawie.

 
"Nadal na ciebie stawiam."

 
Kapitol, a w zasadzie prezydent Snow ma na zniszczenie każdego inny sposób, jednak w znacznej większości jest on bardzo skuteczny. Jednym z jego ofiar był chociażby Finnick. Mój ulubieniec. W „Kosogłosie” widzieliśmy go od zupełnie innej strony. Przytłoczony. Zraniony. Cierpiący. Wystarczy Snow i koniec z naszym entuzjastycznym Odairem. Bardzo mi go brakowało, właśnie takiego roześmianego, który to zawsze umiał uleczyć rany. Wszyscy jednak przez trwającą rewolucję byli bardzo zgaszeni i szczerze mówiąc nie ma się im co takim reakcją dziwić. Takie zachowanie automatycznie narzucało się i mnie. W pewnym momencie gdy odkrywaliśmy coraz to bardziej ponure sekrety, było mi wszystkich szkoda. Czy to Haymitcha, który to próbował zapomnieć o wszystkich okropieństwach jakie wyrządził mu Kapitol poprzez alkohol czy też Johanny, która straciła przez Snowa dosłownie wszystko. W pewnym sensie można było nawet współczuć Effie, która to przez otoczenie w jakim w dużej mierze przebywała, ukształtowało ją w kogoś kto nie widzi niczego nieodpowiedniego w mordowaniu niewinnych dzieci. Cały ten system przemienił ludzi w kogoś kim nigdy nie chcieli być. Mawiano, że Finnick jest z wariatką (Annie), jednak powiedźmy otwarcie: Kto po przeżyciu takich okrucieństw mógłby nazwać siebie normalnym? Rząd zmusił ich do zabijania siebie nawzajem, zmienił ich w istne potwory, a co najlepsze niektórzy z nich nawet tego nie zauważyli. To dopiero sztuka. 
 
 
"Jesteśmy kapryśnymi, głupimi istotami o marnej pamięci i wielkim talencie do samozniszczenia."

 
Za tym wszystkim stał jeden człowiek. Prezydent Snow. Oczywiście nie był on prekursorem. Był jedynie przyzwoitym kontynuatorem dzieła, które miało trwać do tyle ile warunki na to pozwolą. Zastanawiało mnie ostatnio to dlaczego Collins wybrała ogrodnictwo jako jego hobby. Uważał on, że najszlachetniejszym z kolorów jest biel. Z wiadomych później nam względów nosił zawsze przy sobie właśnie białą różę. Sądzę, jednak że prócz tamtego powodu było jeszcze wiele pomniejszych. Róże są z góry uznawane za symbol miłości, są piękne, ale posiadają także kolce, które mogą nas czasem mocno zranić. Lecz pomyślmy, czy ta biała róża nie była symbolem władzy idealnej (oczywiście z perspektywy Snowa)? Przemyślcie to sobie.

 
"Panem et circenses."

 
Co do samej postaci prezydenta Snowa, nie zmieniłam zdania na jego temat ani ociupinkę. Nadal pozostaję on w mojej osobistej topcę ulubionych czarnych charakterów :) A skoro już o prezydentach mowa to może chwilka o prezydent Coin. Nienawidzę baby. Dziękuję za wysłuchanie...

Nie no, a tak serio to jej osoba jest nagromadzeniem wszelkich rzeczy jakich nie cierpię u polityków. Niestety nie uratowała tej postaci nawet wspaniała Julianne Moore, która była jej odtwórczynią w filmowej wersji. Co innego Donald Sutherland! Będę to powtarzać w uporem maniaka, ale pan Sutherland był przewspaniałym prezydentem Snowem i jestem mu niezmiernie wdzięczna za takie zaangażowanie w film (w końcu dzięki niemu mieliśmy chociażby dodatkowe sceny w ogrodzie różanym!).

 
"Najtrudniej jest wykorzenić najstraszniejsze wspomnienia, przecież je zapamiętujemy najlepiej."

 
Zgadnijcie jaka piosenka leciała mi ciągle w głowie podczas czytania „Kosogłosa”? Oczywiście, że „Drzewo wisielców” w wykonaniu Jennifer Lawrence, jakżeby mogło być inaczej. Aż chciałam czasem odpędzić tą piękną piosenkę z myśli, choć wiadomo, że to ma najczęściej odwrotny skutek (nawet takich wspaniałości, gdy jest za dużo to naprawdę ma się dość). W sumie to nie dziwię się, że Pollux się popłakał przy tym wykonaniu, słuchając jej naprawdę poczułam się bliższa temu wszystkiemu...



Kochani, zorientowałam się, że nie zdradziłam wam jeszcze jednej z ważniejszych rzeczy... Już chyba do końca mojego życia będę Team Gale. Kocham, kocham i jeszcze raz kocham tę parę :) Do Peety nic oczywiście nie mam. W sumie przez dłuższy czas lubiłam Katniss w każdym zestawieniu, ale ostatecznie Gale wygrał. Wybaczcie.

Czy koniec mnie usatysfakcjonował? Troszkę tak i troszkę nie. Nie będę wypisywać szczegółów, ponieważ to zbyt duże spojlery, a nikomu nie chciałabym odebrać tych emocji jakie towarzyszyły mi przy czytaniu całej trylogii. Było na pewno bardzo emocjonująco.

Podsumowując, wciąż trudno mi uwierzyć, że piszę tą recenzje. Nie wierzę, że już wszystko wiem, wiem co się zdarzyło. Czuję jakby to wcale nie był koniec. Dziwne uczucie. Cała ta trylogia jest przewspaniała. Spędziłam w tymi wszystkimi bohaterami przecudne chwilę, wylałam morza, a może i nawet oceany łez (serio, ostatnie 100 stron „Kosogłosa” pod tym względem było istną mordęgą, bo przecież trochę trudno jest czytać przez non-stop załzawione oczy). Na pewno za jakiś czas wrócę do Katniss i spółki, chciałabym to zrobić nawet w tej chwili, ale nie mam jeszcze do dyspozycji całej trylogii, ponieważ ostatnio cały czas krąży po znajomych. Jednak nawet jeśli już będę mieć „Igrzyska śmierci” w swoich łapkach, to wiem, że jest jeszcze wiele, oj wiele książek do przeczytania i to trzyma mnie przy siłach, aby pozbyć się jakoś tego kaca książkowego, choć na razie idzie mnie to wyjątkowo beznadziejnie...



________________________________________________________________________
I oto macie przed sobą kolejną recenzję z kategorii trudne do napisania, może i także trudne do przeczytania... To drugie ocenicie sami. „Igrzyska śmierci” to obecnie mój temat rzeka (jeden zresztą z wielu). Uwierzcie mi. Hamowałam się jak mogłam. Wiecie, jak ja się rozpiszę to na przynajmniej 10-20 stron... A raczej nikt by nie chciał tego potem czytać :D

Wiem, że to głupie i pewnie będę się z tego śmiać za parę lat (ba, za miesiąc!), ale naprawdę czuję się obecnie jak Katniss w Trzynastce, nie mam ochoty poprawnie funkcjonować, ponieważ cały czas myślami jestem w Panem.


"Panem dzisiaj, Panem jutro, Panem zawsze."


Recenzja "Igrzysk śmierci": TUTAJ!
Recenzja "W pierścieniu ognia": TUTAJ!

12 komentarzy:

  1. No i wiadomo, kto jest wielkim fanem Igrzysk ;)
    Cieszę się, że opisałaś wszystkie trzy tomy - może w końcu te recenzje zmotywują mnie do tego, by przeczytać tę sławną trylogię :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, muszę przyznać, że zrobiła się ze mnie troszkę fanka Igrzysk. Jeszcze nie jest to fangirl, ale jestem blisko :D
      Mam nadzieję, że kiedyś uda Ci się przeczytać Igrzyska :) Wierzę w Ciebie!

      Usuń
  2. Jak może już wiesz cała trylogia Igrzysk Śmierci nalezy do moich ulubionych, chociaz jej popularość zadziałała na mnie bardzo negatywnie, gdyz powoli zaczyna mnie to juz nudzić.
    Pozdrawiam i zapraszam na nową recenzję:
    http://kruczegniazdo94.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, wcale nie dziwię się, że Igrzyska są jedną z twoich ulubionych trylogii, naprawdę :)
      Ze mną niestety ciężko ogląda się filmy na podstawie książek, które już wcześniej przeczytałam, w szczególności jeśli ten film oglądam pierwszy raz. Jeśli chodzi o Igrzyska to poznałam je akurat za sprawą filmów, ale gdy po przeczytaniu książek porównałam sobie filmy to.. było kiepsko. Nie oto chodzi, że filmy są złe, ponieważ nie są, ale zawsze jest to "ale". Nie da się zrobić idealnej ekranizacji książki, a ja niestety chyba pod każdym względem oczekuje od filmów za wiele.

      Usuń
  3. A ja przyznam się, że to nie jest totalnie mój świat, "Igrzyska śmierci" przechodzą gdzie koło mnie, a ja nie wiem czego dotyczą... Może kiedyś się przekonam i stwierdzę, że byłam jakaś ślepa, ale nie w najbliższej przyszłości. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie da się lubić wszystkiego. Mnie także pewne gatunki nie za bardzo pasują i najczęściej je omijam, więc rozumiem. Jeśli chodzi o Igrzyska, to zrobiły się one już na tyle popularne, że powoli mam dość tego szumu, który wokół nich powstał. Czasem zbyt wielki rozgłos też nie jest dobry co nie?
      Cóż, mam więc nadzieję, że może kiedyś sięgniesz po tę trylogię, ale jak najbardziej nie zmuszam :D

      Usuń
  4. Według mnie Kosogłos to najsłabsza część całej trylogii - nie potrafię pozbyć się wrażenia, że autorka sama nieco przymuszała się do pisania i robiła to w dużym pośpiechu, a przynajmniej tak tłumaczę to słabe zakończenie. Epilog to w ogóle jakaś pomyłka. Igrzyska śmierci były bezapelacyjnie najlepsze :)

    Books by Geek Girl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tiaaa.. Epilog.. Może nie wspominajmy o nim :D

      Usuń
  5. Nie będę się rozpisywał, bo mogę serię opisać jednym słowem" kocham <3 :)

    OdpowiedzUsuń
  6. "Igrzyska Śmierci" mają to do siebie, że samemu chciałoby się tam być. Gale, no cóż trzeba przyznać, ze kawał z niego ciacha, ale u mnie przegrywa z kochanym dołkiem Finnick'a.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja się właśnie waham czy Gale czy Finnick. Są chyba na równi :D

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Na wstępie wiedz, że ogromnie cieszy mnie fakt, iż z jakiegoś powodu znalazłeś się właśnie tutaj.

Wykorzystując, więc już tę jakże wspaniałą sytuację: proszę, zostaw po sobie ślad w postaci komentarza. Dzięki tym paru słowom czy też zdaniom wiem, że ktoś choć podejmuje się próby przeczytania zamieszczonych tutaj tekstów. Także, tym którzy wyrazili swoją opinię na blogu dziękuję z całego serduszka!

Pozdrawiam cieplutko i życzę miłego czytania :)
~Emi✌