środa, 8 czerwca 2016

52. „Oddychając z trudem: Tom 2” – Rebecca Donovan


https://ktoczyta.pl/COVERS/10266/oddychajacztrudemrgb_thumb4.jpg 







Tytuł oryginalny: Barely Breathing 
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Feeria
Liczba stron: 544
Okładka: Miękka
Gatunek: Młodzieżowa
Moja ocena: 3/10









Emma przetrwała dramatyczną noc w domu swojej ciotki, ale niewiele z niej pamięta. Obudziła się w szpitalnym łóżku, w koszmarnym stanie. Odbył się proces sądowy, w którym na szczęście nie musiała uczestniczyć. Teraz Carol nie może już zrobić jej nic złego, ale wysoką ceną za to jest utrata kontaktu z Laylą i Jackiem.

Emma wróciła do szkoły i na boisko, i stara się po prostu prowadzić zwyczajne życie nastolatki, z wierną Sarą i oddanym Evanem u boku. Nie jest to jednak łatwe – wciąż budzi się zlana potem po koszmarnych snach, a na ulicach prześladują ciekawskie spojrzenia. Gdy decyduje się zamieszkać ze swoją matką, sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje. Tak trudno oddychać, gdy trzeba radzić sobie z tak silnymi emocjami…  



"Sześć miesięcy temu byłam martwa. Serce przestało bić w moich piersiach. Oddech nie wydobywał się spomiędzy moich warg. Wszystko minęło. Nie żyłam."


Nie przypominam sobie kiedy ostatnio tak wynudziłam się podczas czytania książki! Być może to kwestia świetnie znanego większości syndromu drugiego tomu serii, czyli tzn. przejściówki, gdzie najczęściej nie dzieje się nic szczególnego, a jednak dziać się powinno coś zdecydowanie więcej. Nie wiem, nie wiem. A może po prostu pani Donovan do mnie kompletnie nie trafia?

Na razie trudno mi to jeszcze jednoznacznie stwierdzić skoro znam ją tylko z tej jednej historii. Ok, ale spokojnie nie popadajmy w dygresje... Interesują was pewnie konkrety ze względu na to, że jak widać należę do mniejszości, której to ta seria jak na tę chwilę nie zwala z nóg, a nawet powiedziałabym, że ani trochę nie smyra.

Podchodziłam do tego tomu z lekkim dystansem, ze względu na to, że pierwsza część w moim mniemaniu była średniaczkiem. Ot, niby to ckliwa historyjka o pokrzywdzonej przez los Emmę, której trzeba współczuć, ale trudno czasem spełniać ten obowiązek. Od pewnego momentu główna bohaterka irytowała mnie niemiłosiernie. Miałam nadzieję na poprawę... i ponownie się zawiodłam.


"- Nie mieszkałam z nią niemal od pięciu lat - wyjaśniłam wymijająco,
patrząc przez okno w ciemną noc. - Już kiedyś ktoś ją zranił, nie
chciałabym, żeby znów przez to przechodziła. Chcę, żeby teraz było z nią...
z nami inaczej.
- A gdzie byłaś przez te pięć lat?
- W piekle."
 


Co więc zgrzytało? Głównie zachowanie Emmy, która nagle z cichej myszki stała się dosłownie jedną z najpopularniejszych osób w szkole. Co więcej przez młodsze roczniki postrzegana jest dość... zdzirowato, bo inaczej tego nazwać się po prostu nie da. Ale już pomijając nagłe zainteresowanie innych Emily to od pewnego momentu dosłownie irytowała mnie samą swoją egzystencją. Narzekała na jakieś pierdoły typu, że w nowo zamieszkałym przez nią domu podłogi skrzypią i ją to doprowadza do furii. Biedna zasnąć nie może, bo „słyszy odgłosy domu”. Przykro mi – nie, w zasadzie to jednak nie - ale jak chciałaś mieszkać w willi to należało skorzystać z okazji dużo wcześniej, a nie teraz marudzić! Naprawdę wielokrotnie nachodziła mnie myśl, aby wejść do książki i ją spoliczkować, choć w jej przypadku na wiele by się to zapewne zdało. Ach, no i ciągle płakała. CIĄGLE. Ja nie żartuje, co rozdział Emma zalewa się łzami z byle powodu. Rozumiem, że wcześniej w sobie wszystko kumulowała i nie pozwalała wypuścić, nie chciała okazywać słabości przed Carol, ale to już przesada. Czytając niektóre sytuację po prostu nie wytrzymywałam i wręcz krzyczałam: „Ja Cię kobieto już kompletnie nie ogarniam, przecież tu nie było żadnego powodu do płaczu, a ty zalewasz się łzami!” – tak, zdarza mi się unosić podczas czytania, ups. Rozumiem, że być może te wahnięcia nastroju mają być zapowiedzią depresji lub zaburzeń lękowo-depresyjnych, ale uwierzcie mi, ona jest nie do zniesienia. Przed rzucaniem o ścianę hamowało mnie tylko to, że książka jest pożyczona i w sumie nawet dobrze, bo nie chciałabym mieć tego cholerstwa na półce na stałe.


"-Potrafię być spontaniczny - powtórzył. - Poczekaj tylko!
-Nie możesz zaplanować bycia spontanicznym."


Evan był moim promyczkiem nadziei i jakoś tak nagle zgasł... Zaczął mnie potwornie denerwować swoją osobą. Ogólnie relacja Emmy i Evana w tym tomie była tak do bólu przewidywalna i nudna – pamiętajcie, że normalnie wzbraniam się przed takim określeniem książki, ale w tym wypadku nie dałam rady. Akcja w tym tomie bardzo zwolniła tempo przez co z rozdziału na rozdział czułam się coraz bardziej dobijana przeważającą w tej części obyczajowością. To było nieznośne. Istna katorga. Z drugiej też strony zdarzały się momenty otrzeźwienia, dzięki sytuacją bardzo przerysowanym i ironicznym jak chociażby sprawa ze spadkiem. Z tego też względu czytałam tę książkę naprawdę długo, bo zwyczajnie utknęłam. Brakowało mi jakiejkolwiek motywacji, myślałam że nie zmęczę „Oddychając z trudem”, ale jak widzicie na szczęście okazało się być inaczej.

Ta książka mnie wykończyła. Od pewnego momentu nie obchodziło mnie już co stanie się z Emmą. Równie dobrze mogła zginąć, kogo to interesuje (?), oczywiście nie mnie. Było, jednak parę czynników dzięki, którym dotrwałam do końca ze znikomym procentem zainteresowania rozgrywającą się akcją. Nowi bohaterowie! Rachel i Jonathan byli powiewem świeżości jakiego potrzebowałam. Byli jedynymi postaciami, które mnie szczerze intrygowały. W maleńkim stopniu relacja Emmy i Jonathana przypominała mi więź jaka łączyła Ruby oraz Cole’a z trylogii Mrocznych umysłów. To opierało się na podobnym schemacie, ale ten wątek był muszę przyznać bardzo udany, przynajmniej na wstępie. Przedstawienie istoty strachu, różnych fobii jak i ogólnego podłamania było najwyraźniej głównym celem powstania tej relacji. Tak samo nieobliczalna oraz do samego końca tajemnicza Rachel była bohaterką dużo ciekawszą od samej Emmy, jednak nie poświęcono jej tyle czasu ile bym tego chciała, a szkoda. Żałuję ogromnie tej przewidywalności w przypadku obu tych wątków. Zostały one bowiem rozwinięte w sposób tak oczywisty, że aż krzywdzący, bo tu już widać było potencjał i nagle autorka wszystko zniweczyła.


"-Dlaczego chociaż nie spróbujesz? Co masz do stracenia?
-Serce."


Co do napawających nadzieją wstawek: bardzo polubiłam rodziców Sary, Annę i Carla. Wykreowani może wybitnie nie są, ale przedstawieni zostali na tyle sympatycznie, że trudno o nich nie wspomnieć. Także mama Evana, Vivian była przyjemna w odbiorze jak i jego brat, Jared był znośny.

Jeśli chodzi o zakończenie nie mam żadnych większych uwag, poza moją oczywistą irytacją z powodu rzucającej się w oczy przewidywalności, która jest głównym mankamentem tej książki.

Podsumowując, czuję się zawiedziona jeszcze bardziej niż przedtem. Jest to książka licząca ponad 500 stron, z której nie wyniosłam kompletnie nic nowego. Nie jestem pewna czy w tym wypadku chcę sięgnąć po trzeci tom, choć podobno jest najlepszy z tej całej „przewspaniałej” historii. Może się jeszcze przekonam, ale jak na razie muszę odpocząć od Emmy i jej idiotycznych problemów. 


"Kiedy patrzę w niebo i mam przed oczyma cały wszechświat, wszystko wydaje się możliwe."



A co wy o tym wszystkim myślicie moje drogie miśki? Może po prostu się nie znam? Wszyscy wychwalają tę serię pod same niebiosa, a ja... czuje się co najwyżej zniesmaczona. Choć cytaty są tu akurat niezłe :D


_________________________________________________
Recenzja "Powodu, by oddychać": TUTAJ!
Recenzja "Biorąc oddech": TUTAJ!

6 komentarzy:

  1. Też nie przepadam za tą serią, chociaż dla mnie najgorszy był tom pierwszy. Druga część może mnie nie wynudziła tak jak Ciebie, ale faktycznie główna bohaterka była tragiczna. Jej zachowanie też doprowadzało mnie do szału.
    Pozdrawiam :D
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy inaczej. Dla mnie pierwszy był znośny, a "Oddychając z trudem" to był dramat nad dramatami.. Emma była zresztą jednym z nich, także no.. Dobrze, że chociaż znalazła się jedna osóbka, która ma podobne odczucia :D

      Usuń
  2. A ja kompletnie nie mam pojęcia o tej serii. Choć niejednokrotnie starałam się zdobyć poszczególne tomy w konkursach-bezskutecznie. Strasznie mnie ciekawi/ła. O "Zmierzchu" mówili, że banalny, a po przeczytaniu byłam zadowolona, więc poczekam do nabrania doświadczenia z tą serią. Troszkę ostudziła moja ciekawość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja przynajmniej najczęściej decyduję się na przeczytanie jakiejś sławnej serii kiedy już wszyscy powoli o niej zapominają, emocje opadają i można na spokojnie poczytać bez jakiś większych oczekiwań ☺

      Usuń
  3. Jak już pisałam wcześniej, ja dałam sobie spokój już po pierwszym tomie... I wcale tego nie żałuję ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja chyba mam jakąś głupią nadzieję, że autorka się poprawi, eh.. Właśnie zaczynam trzeci tom i na razie nie mam zdania, także do zobaczenia niebawem 👐

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Na wstępie wiedz, że ogromnie cieszy mnie fakt, iż z jakiegoś powodu znalazłeś się właśnie tutaj.

Wykorzystując, więc już tę jakże wspaniałą sytuację: proszę, zostaw po sobie ślad w postaci komentarza. Dzięki tym paru słowom czy też zdaniom wiem, że ktoś choć podejmuje się próby przeczytania zamieszczonych tutaj tekstów. Także, tym którzy wyrazili swoją opinię na blogu dziękuję z całego serduszka!

Pozdrawiam cieplutko i życzę miłego czytania :)
~Emi✌